Strona główna arrow Historia i legendy

29.04.2017, 03:49 


Menu
  Strona główna
  Aktualności
  Linki
  Newsflash
  Szlaki rowerowe
  Ścieżka dydaktyczna-Gruszka
  Wojcieszowskie skarby

.:: Miasto i Gmina ::.
  Położenie
  Historia
  Instytucje i Urzędy
  O Wojcieszowie
  Wojcieszów-FIRMY

Samorz?d
  Urz?d Miasta
  Rada Miasta

Pomoc prawna

PUNKT NIEODPLATNEJ POMOCY PRAWNEJ


Wybory do Sejmu i Senatu

WYBORY
DO SEJMU I SENTAU
RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ
2015


BIP
Biuletyn Informacji Publicznej

500+

500_plus.jpg 


Krajowy Rejestr D?ugów
156x75v3.jpg

Karta Du?ej Rodziny

kdr.jpg


OBYWATEL.GOV.PL

godlo.png
Informacje i uslugi przyjazne obywatelom


Ochrona Danych Osobowych
  ODO dla mieszka?ców
  Obowiazujace przepisy w.z. ODO
  Ciekawe linki

Polska Atrakcyjna


Aktywny Dolny Slask

akt_dol_slask.jpg 


KALENDARZ IMPREZ

 


zawody


Builetyn nformacyjny BM i RM
  Biuletyny rok 2017

Przetargi


ESP


Inwestycje
  Infrastruktura wodno-ściekowa
  Orlik
  O S P
  Miejskie Przedszkole Pub.
  Lokale socjalne
  Gospodarka odpadami
  Hala Sportowa
  Sala widowiskowa
  Usuwanie skutków klęsk żywiołowych
  Drogi gminne
  Oświetlenie
  Place zabaw
  Rewitalizacja m.Wojcieszów
  Basen

Inwestycje zrealizowane
  W latach 2006-2010
  W roku 2011
  W roku 2012
  W roku 2013
  W roku 2014

.:: TURYSTYKA ::.
  Atrakcje
  Baza noclegowa
  Historia i legendy
  Sport i rekreacja
  Szlaki turystyczne
  Szlaki rowerowe
  Warto zobaczyć
  Harmonogram wycieczek lato-jesie? 2015

KALENDARZ POLOWAN

KALENDARZ POLOWAN K.L: "DARZ BÓR', "DZIK"


Spol. Punkt Inf. Turystycznej

Harmonogram wycieczek wiosna 2017


Placówki oświatowe

1. Zespół Szkół 

2. Przedszkole Miejskie


Wojcieszów-Rokytnice


Szlak Przyjaźni Polsko-Czeskiej

 
Część I >>>

Część II >>>


Opieka nad zwierz?tami


Mieszkańcy miasta
  Osiągnięcia i sukcesy

Wojcieszowianki


OSP Wojcieszów
  Sprawy bieżące
  Materiały szkoleniowe
  Analiza wypadku śmiertelnego członka OSP
  Czasy operacyjne jednostki OSP
  Szkolenia OSP

MOPS Wojcieszów

MOPS
Wojcieszów


ZGKiM
  Informacje
  Do wynajęcia
  Przetargi

Biblioteka Miejska
  Zapraszamy
  Skarb wojcieszowski
  Wydarzenia

Organizacje pozarz?dowe

Konkursy i wyniki


WYRÓZNIENIA

WYRÓZNIENIE TYTU?EM
"DOBRA PRAKTYKA AKTYWNYCH FORM POMOCY
EDYCJA 2010 r."
dla
GMINY WOJCIESZÓW


Miasta partnerskie

1. Rokytnice nad Jizerou
2. Desná
3. Hostinné
4. Landkreis Kamenz
5. Odsherred


Login Form
login

hasło

Pamiętaj mnie
Zapomniałeś hasło??
Nie masz konta? Załóż je sobie

Najczęściej czytane
Instytucje
Położenie
Telefony i adresy
O Wojcieszowie
Atrakcje Turystyczne

Licznik
2187911 odwiedzających

Historia i legendy   Drukuj  E-mail 
06.10.2004, 14:23

O KATOWSKIEJ UCZELNI

    Kiedy książę Bolko Łysy zaplanował sprzedać grafom miśnieńskim ziemie leżące pomiędzy Bobrem a Nysą Łużycką, pojechał wraz ze swą drużyną do Niemiec. Kręcił się tam wówczas przy osobie księcia jakiś Niemiec brodaty, o twarzy ospą poznaczonej, który Mamert Hoppe się nazywał i którego panem rektorem tytułowano. Krzywo patrzyła na owego brodacza cała książęca drużyna, bo przebąkiwano o nim, iż czarami się para i że w dalekiej Mauretanii studiował naukę o czarach i diabłach.W trzecim tygodniu pobytu u Sasów, gdy już do powrotu na Śląsk szykować się poczęto, wyjaśniła się cała sprawa. Książę Bolko wezwał do siebie rycerza Siedlicza z Wojcieszowa, który towarzyszył mu w tej podróży i wyjaśnił, że Mamert Hoppe jest wielce uczonym człowiekiem, który studiował w Bolonii i Monachium i że teraz pojedzie on na Dolny Śląsk wraz z nimi. Nadmienił tez, że rectorus uczelnię nową wybuduje, która "Collegium Iustitiares" będzie się nazywać. Rycerz Siedlicz miał się tym uczonym mężem opiekować w drodze powrotnej do kraju i od wszelkiego zła go ustrzec. Nie znał Siedlicz łacińskiej mowy i nie wiedział co to jest owe „fustitiares", ale padł przed księciem na oba kolana i obiecując opiekować się uczonym, prosił by książę zezwolił mu łaskawie owego rectorusa do swego zamku zabrać i tę uczelnię w Wojcieszowie wystawić. Obiecał nawet własnym sumptem budowle w tym celu potrzebne wznieść i owego uczonego męża opłacać. Wypowiadając swą prośbę myślał o splendorze jaki na niego spłynie oraz o sławie jaką zyska Wojcieszów przy tej okazji. Spodziewał się, że wieś jego w gród się rozrośnie, a on grododzierżcą się stanie. Książę Bolko wyraził zgodę i w miesiąc później Mamert Hoppe znalazł się w Wojcieszowie nad Kaczawą. Już w rok później stał kamienny budynek z grubymi przyporami, przeznaczony na uczelnię, przykryty czerwonym dachem z dachówek miśnieńskich. Rycerz nie żałował srebra budowniczym, toteż pracowali oni w pocie czoła od świtu do nocy. Przed zimą wykańczano wnętrze budowli wielkiej jak kościół, w której pomieścić się miało mieszkanie rectorusa, preceptorów i censorów oraz komnaty do nauki żaków przeznaczone. Do piwnic o półkolistych sklepieniach wnoszono przedziwne urządzenia ze świata sprowadzone. Nad wejściem wmurowano znak rodowy Siedliczów i kamienną płytę z literami oznaczającymi nazwę uczelni. Nie wiedział i nawet nie starał się dowiedzieć rycerz Siedlicz czego nauczać będą w owymcollegium, bo ani sam czytać i pisać nie umiał, ani też nie interesowało go co nie urodzeni żacy w tym budynku robić będą. Tak oto powstało w Wojcieszowie collegium katowskie, w którym miano szkolić adeptów na przyszłych mistrzów tortur i śmierci, a którego pierwszym rectorusem, pergaminem książęcym zatwierdzonym, został Mamert Hoppe, uczony z Milusy nad Rohanem. Żaków chętnych do pobierania nauk nie brakowało. Przybyło ich do Wojcieszowa wielu ze Śląska, Czech, Saksonii i Niemiec, a nawet z Hungarii i innych krajów. Byli między nimi nawet i tacy, którzy już u katów czeladniczyli i przyjechali tylko po to, by odpowiedniego pergaminu się dosłużyć, który by im stanowisko kata grodzkiego, lub nawet książęcego, zapewnić potrafił. Gdy nauczanie zostało już rozpoczęte Hoppe inną budowlę zaczął stawiać na prawym brzegu Kaczawy, na zachodnim stoku Polanki, którą osobiście nadzorował. Miała ona kształt wieży na dwóch chłopów wysokiej, a mury jej wieńczyły cztery prostokątne, kamienne zęby. Na nich spoczywały drewniane krokwie krytego słomą dachu. Jedno miała ona tylko wejście, od strony sioła umieszczone i zamykane kutymi drzwiami. Była to kamienna szubienica na frankoński sposób wzniesiona. Dziwiła ona wszystkich, którzy do drewnianych byli przyzwyczajeni, a nawet do widoku skazańców na gałęziach drzew wieszanych. W piwnicach collegium rozmieszczone były pracownie, czyli laboratoria, w których adepci na mistrzów sztuki katowskiej poznawali narzędzia do tortur, w różnych krajach stosowane. Były tam zwykłe, dobrze znane na Dolnym Śląsku, dyby drewniane, cęgi do rwania skóry, żelazne buty św. Geherondy, narzędzia do wyłupywania i wypalania oczu, do wycinania języka, do przypiekania oraz machiny bardzo zmyślne, stosowane przy torturach, jak obręcze św. Maskalona, kolczaste, żelazne "dziewice", nazywane "virge ferrata", stoły do rozciągania i łamania kości. Znajdowała się tu też olbrzymia machina drewniana, poruszana korbą przez czterech chłopów, nazywana kołem do łamania. Były też i narzędzia katowskie: topory jedno i dwuręczne oraz miecze do obcinania rąk i nóg, a także noże do piętnowania złodziei, nałożnic, czy też ludzi niewolnych, którzy zbiegli od swych panów, pnie katowskie różnych wymiarów i kształtów oraz kukły skórzane i wypchane sianem, na których praktyk katowskich uczono. Czas trwania nauki planowany był na cztery lata, a zajęcia prowadzono tylko w języku niemieckim, bo żaden z żaków łaciny nie znał. Prócz teorii i praktyki program przewidywał opanowanie wszelkich przepisów ówczesnego prawa, po raz pierwszy spisanych w Dziewinic nad Łabą (Magdeburg) i zatwierdzonych przez cesarza. Kodeks karny i cywilny wykładał i objaśniał sam rectorus Hoppe, podczas gdy w laboratorium rządziłarcymistrz sztuk katowskich, jego garbaty współziomek, Heinrich Lcchenick z Akwizgranu. Tenże Lechenick toporem katowskim władał tak zręcznie, że nawet mrówkę, chodzącą po pniu, potrafił przeciąć dokładnie na dwie równe części i od każdego ze swych uczniów tego samego wymagał. W pierwszym roku żądano od żaków tylko tyle, by poznali narzędzia i aby przyzwyczaili się do krzyku torturowanych. Dlatego przyglądać się musieli praktykom przeprowadzanym na różnych zwierzętach, byle gdzie złapanych. To też często musieli wysłuchiwać wycia i skamlenia psów, z których żywcem darto w pasy skórę, czy też przeraźliwego miauczenia kotów, którym wypalano oczy lub wydzierano pazury.Od żaków nie mogła się dowiedzieć miejscowa ludność, co jest powodem tych przeraźliwych głosów, wydobywających się z budynku, bo Hoppe z Lechenickiem wpajali w nich zachowanie tajemnicy zawodowej. Mówili:"Choćby" cię męczyli, gotowali w smole, nigdy nie mów o tym co się dzieje w szkole". Omijali więc wszyscy uczelnię, żegnając się z bojaźnią, a garbatemu Lechenickowi i brodatemu Hoppe ustępowali z drogi jak trędowatym. Żacy na drugim roku odbywali praktyki na zwierzętach, a podczas trzeciego na ludziach skazanych na karę śmierci i przysyłanych z polecenia księcia Łysego do Wojcieszowa. Gdy któregoś dnia skazańców zabrakło, poszedł Lechenick, wraz z czterema żakami w las, by jakiegokolwiek człowieka złapać. Zastali tu jakiegoś myśliwego podczas snu. Uderzeniem w głowę spowodowali, że stracił przytomność, potem rozbroili go, w worek włożyli i do szkody przynieśli. Na drugi dzień rano, bez zdjęcia mu worka z głowy, praktykowali na nim przypalanie stóp rozpalonym do czerwoności żelazem. Człowiek ten odzyskał przytomność. Począł szarpać swe więzy, krzyczał iż jest szlachetnie urodzonym i sądem książęcym zagroził.Zadrżeli żacy ze strachu po tych słowach i zdjąwszy przypiekanemu worek z głowy przekonali się, że faktycznie był to sam rycerz Siedlicz. W obawie, by wieść o porwaniu i torturach właściciela wojcieszowskiego zamku nie rozniosła się i nie trafiła do księcia, jeden z żaków zabił Siedlicza pchnięciem noża. Potem żelazem twarz jego zmasakrowali, by nikt go rozpoznać nie mógł i wrzucili ciało do wody.Brzegiem rzeki przechodził dnia następnego jeden z sokolników zamkowych i odnalazł zwłoki swego pana. Po odzieży go poznał i wieść o nim do zamku doniósł. Potem psiarczyk, który psy myśliwskie w zamku nadzorował, szybko jednego ze swych psów sprowadził. Był on specjalnie układany do łapania zbiegów z rycerskich siół i potrafił każdego uciekiniera węchem wytropić, choćby taki pod ziemię lub na drzewo się schował. Pies ten po śladach doprowadził do uczelni rectorusa Hoppe, a potem nawet do piwnic wlazł, gdzie krew rycerza wskazał wyjąc okropnie.Wówczas syn Siedlicza, człowiek wprawdzie młody, ale noszący już pas rycerski, nakazał wszystkich żaków do uczelni zgromadzić i siana do wnętrza wnieść. Także rectorusa Hoppe i arcymistrza Lechenicka tam wprowadzić nakazał, a potem podpalił siano i drzwi zamknął a do tych, którzy oknami uciekać chcieli, z łuków szyć polecił. Szybko zajęło się siano w szkole złożone, a od niego schody drewniane, stropy, dach. Buchnął ku niebu ogień i dym ogromny, a wraz z nim przeraźliwe krzyki żywcem palonychadeptów sztuki katowskiej. Spośród wszystkich głosów najbardziej wyróżniały się dwa - Mamerta Hoppe i Heinricha Lechenicka.Nie musiał się nawet później młody rycerz Siedlicz sprawiać przed sądem książęcym, bo sędzia wyjaśnił mu, że stare, rycerskie prawo zezwala na zemstę rodowca za śmierć członka rodziny. Od dnia tego zaczęło straszyć w Wojcieszowie nad Kaczawą. Nie raz i nie dwa widywano nocami garbatego człowieka, idącego brzegiem rzeki, który' na widok ludzi lub na ich głosy, uciekał, albo też brodatego mężczyznę ze śladami ospy na twarzy, który chodząc lub siedząc nad rzeką, gadał łacińskie słowa. Także widywano ich parokrotnie obok kamiennej szubienicy, która do dziś pamięta tamte, odległe czasy, gdy oni jako ludzie chodzili po tej miejscowości.

U.A Wiąckowie: "Legendy Karkonoszy i okolic" - [W:] WDK Jelenia Góra.

 

O SKARBIE TEMPLARIUSZY

   Gdy w 1312 roku przyszła na Dolny Śląsk wieść, że król Franków, Filip Piękny, pojechał do Rzymu i przed papieżem oskarżył Świętą Kapitułę rycerskiego zakonu krzyżowego templariuszy o masonizm, czyli wolnomularstwo, nie mógł uwierzyć w to rycerz Bożywoj, pan na zamku w Wojcieszowie. Wprawdzie nie wiedział on co to jest masoneria, czyli wolnomularstwo, ale wiedział, że tak jedno jak i drugie czartem śmierdzi i dlatego jeszcze w tym samym dniu, podczas wieczerzy rozmawiał o tym ze swym gościem z Choinowa, szlachetnym rycerzem tegoż zakonu Domenicusem z Gosseto w Italii, pełniącym przy chojnowskiej komturii templariuszy funkcję jałmużnika. Zapytał go ile jest prawdy w tym co wieść głosi, na co usłyszał, że śliczny pajac w pięknej odzieży i koronie na głowie, który zasiada na tronie Karola Wielkiego jaku król Filip, jest psem parszywym, bezpodstawnie szczekającym na dobrych, chrześcijańskich rycerzy, obrońców świątyń Chrystusa, jedynie dlatego, że zakon ma we Frankonii więcej ziem i poddanych, niż ma ich król. Filip Piękny znieść tego nie może, przez co wstręty różne dobrym rycerzom czyni i niesprawiedliwie oraz bezpodstawnie ich oskarża, fałszywych świadków przeciwko nim zbierając. Rycerz Domenicus przysiągł nawet na świętą Madonnę z Gosseto i na św. Fryzydę, patronkę swego rodowego zamku, że wszetecznik i bezbożnik Filip jest oszczercą niegodnym królewskiej korony i rzuca zwykłą potwarz na dostojnych i bogobojnych templariuszy. Po rozmowie z Bożywojem szlachetny gość był tak zdenerwowany, że mimo iż proszono go by w zamku na noc pozostał, zaraz gościnnego gospodarza pożegnał i nocą, wraz ze swym giermkiem Silvestro, pojechał do Chojnowa.Dziwne wydało się to rycerzowi Bożywojowi, ale zapomniał o tym w kilka dni póżniej. Potem przyszła jesień i zima, a na wiosnę dopiero jadący z Krzeszowa do Złotoryji zakonnik opowiedział, iż opat krzeszowskiego klasztoru pismo otrzymał od biskupa wrocławskiego. W piśmie tym informował on opata, że zwołany przez papieża w Rzymie sąd kardynałów osądził Wielkiego Mistrza oraz członków Świętej Kapituły zakonu templariuszy. Sąd ten udowodnił im udział w organizowaniu i finansowaniu lóż wolnomularskich oraz różne inne bezeceństwa. Rozwiązał więc papież Świętą Kapitułę templariuszy a wszystkich jej członków, wraz z Wielkim Mistrzem, skazał na śmierć przez spalenie na stosie. W kilka dni później, gdy Bożywoj gościł u siebie rycerza Dobka, burgrabiego zamku w Kraśnicy, przybył znów do Wojcieszowa Domenicus ze swym giermkiem Silvestro i z panem Bożywojem długo na osobności rozmawiał. Domenicus potwierdził prawdziwość opowiadania zasłyszanego od zakonnika z Krzeszowa i podał nawet termin, w którym wszyscy templariusze z całej Europy mają przybyć do Rzymu, gdzie papież zdejmie z nich rycerską przysięgę zakonną i ogłosi rozwiązanie zakonu. Nie wspomniał ani jednym słowem o tym, że papież nakazał skarbiec każdej komturii przywieźć do Rzymu ani też, że pod groźbą klątwy kościelnej zakazał templariuszom używać pod żadnym pozorem miecza, aż do przekroczenia bram Świętego Miasta. Domenicus prosił potem pana Bożywoja, by zechciał łaskawie przygarnąć jego giermka Silvestro, bo ten nie chce do ojczyzny po-wracać. Wyjaśnił też szeptem Bożywojowi, że Silvestro pochodzi z rodziny dobrych rycerzy, że zakochany jest po same uszy w jego córce Bogdarze i że pragnie się z nią ożenić. Wyraził zgodę na pozostanie Silvestro w Wojcieszowie, zdumiony nieco i zaskoczony rycerz Bożywoj, a dnia następnego Domenicus pojechał do Chojnowa, odprowadzony przez Dobka, powracającego do swej Kraśnicy. W kilka dni później Dobek, który miał za żonę kobietę z rodu Hradiców czeskich, jakoś dowiedział się od swych rodowców, że templariusze z Chojnowa będą jechać, wraz ze skarbem swej komturii, przez Krzeszów do Rzymu. Zmówił się więc z rodziną, by zasadzkę urządzić na rycerzy i odebrać im skarb. W dwie niedziele po pobycie Domenicusa u pana Bożywoja, jechali chojnowscy rycerze - obrońcy świątyń, przez Złotoryję, Świerzawę i Wojcieszów w kierunku Pragi, a Dobek z Czechami, który od strony Lubawki nadciągnął przez lasy, już czyhał na nich za bagnami Zadrnej. Napadł na tabor templariuszy, wlokący się wolno za rycerzami, którzy jechali w wory pokutne obleczeni i z głowami posypanymi popiołem. Tabor ochrony prawie żadnej nie posiadał, ale mimo dokładnego sprawdzenia co było wiezione, Dobek skarbu nie znalazł. W kilkanaście niedziel później, gdy wieść o napadzie już wszystkim w okolicy była znana, podpity rycerz Dobek przyznał się Bożywojowi do udziału w nim. Nie wywarło to na Bożywoju wiel-kiego wrażenia, bo znał jego chęć wzbogacenia się, ale potem zaczął obserwować swego niedoszłego zięcia i córkę, stale zastanawiając się nad ich przyszłym losem i nad tym gdzie podział się skarb chojnowskiej komturii. Wiedział, że został on zabrany z Chojnowa i że znikł po drodze do Krzeszowa, a z wiadomości jakie zebrał, wynikało, że musiał zostać wywieziony z Chojnowa dwie niedziele wcześniej, niż gród ten opuścili templariusze. Skojarzył to pan Bożywoj z ostatnim pobytem Domenicusa w swym zamku i z pozostawieniem giermka Silvestro w Wojcieszowie. Zaczął przypuszczać, że skarb musi znajdować się gdzieś w pobliżu zamku i od tego dnia rozkazał jednemu ze swych zaufanych ludzi śledzić Silvestro, który bardzo często, z łukiem na plecach, całymi dniami włóczył się po okolicy. Najczęściej widywano go w pobliżu Połomu, gdzie niejedna z licznych jaskiń mogła być świetnym miejscem do ukrycia skarbu. W kilka dni później Silvestro wykręcił sobie stopę podczas zsiadania z konia i musiał leżeć,a Bożywoj w tym czasie zaczął penetrować jaskinie, obok których często przebywał młody Italczyk. Odnalazł skarb, przeniósł go do zamku i ukrył w miejscu znanym tylko sobie. Gdy Silvestro zaczął chodzić, Bożywoj wyjaśnił mu, że rękę swej córki przyobiecał komu innemu, a potem przegnał Italezyka ze swego zamku. Odszedł Silvestro jak mu kazano, ale nocą powrócił na Połom. Gdy stwierdził, że został zabrany skarb powierzony jego pieczy przez Domenicusa, powrócił do Bożywoja i na klęczkach błagał o rękę Bogdary.Zatrzymaj skarb, panie, ale daj mi swą córkę za żonę, bo całym sercem i duszą swoją ją miłuję - powiedział. - Ustrzegłem się przed grzechem kradzieży powierzonego mej opiece złota. Teraz złoto jest twoje, panie, ale daj mi swą córkę, bo kocham ją bardziej niż największy nawet skarb.Odmówił mu Bożywoj, psem templariuszowskim go nazwał i nawet chłostą mu zagroził, jeżeli jeszcze raz powróci do zamku.Po tych słowach Silvestro skoczył na niego i wbił mu nóż w pierś, a potem ku wyjściu się udał i zbiec chciał. Ucieczkę dostrzegli jednak zamkowi ludzie i powstrzymać go chcieli, ale Silvestro bronił się nożem i nawet ranił trzech. Nie zdążył jednak uciec, gdyż jeden z łuczników cclnie wymierzył i ugodził go strzałą w samo serce. Skarb pozostał w zamku. Nikt go nie odnalazł, chociaż było chętnych wielu. Nawet Szwedzi nie odkryli go, gdy w czasie wojen prowadzonych na Śląsku w tym celu mury kamienne rozwalićkazali. I do dnia dzisiejszego czeka w ruinach na swego odkrywcę.

U.A Wiąckowie: "Legendy Karkonoszy i okolic" - [W:] WDK Jelenia Góra.

 

ZAMEK W WOJCIESZOWIE

    Zamek w Wojcieszowie o pogańskiej świątyni i założeniu Wojcieszowa powiadają i piszą nawet, że zamek w Wojcieszowie zbudowany został pomiędzy rzekami Kaczawą i Świerzawą dopiero w XIV wieku, ale nie jest to prawdą. Kasztel na podstawie kwadratu wzniósł tu rycerz Wojciesz Paszowic za czasów, gdy jeszcze książę Bolko Krzywousty rządził Polską, a namiestnikiem jego na Dolnym Śląsku był Piotr Włost, herbu Łabędź. Wysłał on nad Kaczawę grupę księży i mnichów, by resztki pogan, wierzących w Peruna, Żywię, Welesa, Hoga, Flinsa i innych bogów oraz półbogów, na łono kościoła katolickiego sprowadzić. Do ochrony tych właśnie bogobojnych ojców i braciszków zakonnych wyznaczył rycerza Wojciesza Paszowica, dodając mu cztery dziesiątki zbrojnych wojów. O poganach, którzy tu w górach ofiary bogom przez swych żerców składali, wiedział Wojciesz niewiele. Dopiero w Strzegomiu, od klasztorników tamtejszych dowiedział się, że w górnym biegu Kaczawy i nad jej dopływami, oraz u źródeł Małej Nysy, Świekotki i Świdnej wielu ich jeszcze żyje. Jednak nikt z mądrych mnichów nie potrafił wyjaśnić, dlaczego właśnie tam oni się zgromadzili i dlaczego tak wytrwale przy swej wierze obstają. Na miejscu przekonał się, że pośród górskich bezdroży, w terenie pokrytym gęstą puszczą i skałami o przedziwnych kształtach, gdzie wieści ze świata żadne nie dochodziły, poganie czcili swoje bogi. Przekonał się również, że życie w tych górach nie jest trudne. Schronienie dawały ludziom liczne groty i jaskinie, wydłubane chyba przez wielkoludów pradawnych, którzy przed tysiącami lat chodzili po świecie, a pożywienie dawały lasy pełne jagód i zwierzyny oraz rzeki, w których pluskało się wiele ryb.Rycerz Wojciesz doprowadził oddanych mu w opiekę ludzi do tych gór i na lewym brzegu Kaczawy, na płaskim wzgórzu, obozem się rozłożył. Potem wojom swym miejsce to częstokołem otoczyć nakazał i zbudował mnichom dwie chaty kurne oraz kapliczkę niewielką. Dopiero, gdy to zostało już kończone, o rodzinie i o sobie pomyślał. Sprowadził żonę, wraz z kilkuletnim synem, kilku rzemieślników biegłych w stawianiu kamiennych budowli i rozpoczął prace przy wznoszeniu kasztelu. Stanąć on miał obok chat mnichów, na południowym stoku wzgórza, w pobliżu rzeki Świerzawy, gdzie stok skałami stromymi opadał z trzech stron i gdzie od napaści ewentualnych wrogów był zabezpieczony. Rósł kwadratowy kasztel niewielki, z kamienia łupanego pracowicie lepiony, z dnia na dzień wyższy, ciesząc oczy Wojciesza i jego wojów. Wąskimi szczelinami strzelnic groźnie spoglądał ku górom zasłaniającym horyzont od południa. Nie był jeszcze zupełnie wykończony, gdy któregoś popołudnia zginął synek Wojciesza. Biegał on nad brzegiem ,Świerzawy po łące, na oczach ludzi, którzy wodę na budowę tu czerpali. Nie mógł się utopić, ponieważ rzeczka była tu płytka i bezpieczna. Zaczęto przypuszczać, że mógł pójść szukać ptasich gniazd w zaroślach i spokojnie jego powrotu aż do zmroku wyczekiwano. Nie powrócił jednak po zachodzie słońca i Wojciesz, wraz z wojami, aż do pierwszych kurów go poszukiwał. Legł później spać, ale nie usnął, bez przerwy myśląc o swym chłopcu, Przewracał się w łożu z boku na bok i rozmyślał czy syn jego nie został napadnięty przez zwierzęta leśne, rysie lub żbiki, albo przez niedźwiedzia i czy żywego go jeszcze zobaczy. Następnego dnia przetrząśnięto lasy na prawym i lewym brzegu rzeczki. Potem ojciec szukał na północnych stokach Maślaka i Skopca, ale bezskutecznie. Dopiero, gdy zmęczony powrócił ze swymi wojami pod kasztel, naszła go myśl iż mały mógł pójść do swych rówieśników, którzy mieszkają w górskich grotach. W nocy przyśnił mu się synek i pogańscy żery. Otaczali oni chłopca zwartym kręgiem, z którego ten próbował się wyrwać.Równo ze świtem wstał rycerz Wojciesz i skierował się w stronę Połomu. Nie dotarł jednak do szczytu tej góry. Zatrzymali go żercy w brzozowych czapkach na głowach, otoczyli gromadą wyznawców swej wiary i zabronili mu dalszej drogi. Tłumaczyli, że na szczyt, gdzie znajduje się święty gaj, a w nim kontyna - siedziba bogów, nikomu wchodzić nie wolno, by nie rozgniewać władców tej krainy. Wyjaśniono mu również, że nie ma tam jego syna, ani też żadnego innego dziecka. Zawrócił Wojciesz po tym zapewnieniu ku kasztelowi, medytując co ma począć, ale przerwał mu rozmyślania pewien młody żerec, który go dogonił i który obiecał wskazać mu miejsce pobytu dziecka, gdy rycerz odprawi z doliny Kaczawy kapłanów i mnichów, których przywiódł tu przed rokiem. Wojciesz odmówił i zażądał rozmowy z najstarszym z żerców. Wyjaśnił też, że i on i mnisi są tu z rozkazania książęcego i że wiarę w starych bogów, jeżeli nie uda się słowem, to mieczem wytępić potrafi. Młody żerec odszedł bez słowa, ale tego samego dnia jeszcze, późnym wieczorem zapłonęły chaty, w których mieszkali zakonnicy. Uratował ich jednak Wojciesz, wraz ze swymi wojami. Wielu podpalaczy ubił, mnichów do niewykończonego kasztelu sprowadził, a potem powiódł swych zbrojnych na Połom i ogniem za ogień postanowił się zemścić. Krętymi ścieżkami dotarli do szczytu, mimo oporu ludzi zamieszkujących jaskinie. Za kamiennym włazem, w świętym gaju stała kontyna drewniana, otoczona starym częstokołem. Rozwalił go Wojciesz toporem, wpadł ze swymi wojami pod kontynę i zdobywać ją chciał. Już szykował się do ataku, gdy nagle otwarły się jej wierzeje i ukazała się w nich gromada starców i młodych żerców, niosąca posąg swojego boga. Padli oni na kolana, prosząc by uszanowano świętość niesioną przez nich i aby pozwolono im odejść. Przyobiecał im to Wojciesz pod warunkiem zwrócenia mu syna.Gdy chłopczyk znalazł się już przy ojcu i gdy żercy odeszli, Wojciesz nakazał podpalić kontynę ze wszystkich stron. Zakazał swym ludziom brać cokolwiek z wnętrza, by przez przypadek nie wynieść jakichś czarów. W kilka chwil później zapłonęła stara, misternie rzeźbiona i malowana budowla, przez setki lat pracowicie wznoszona i zdobiona, pamiętająca kilka dziesiątków pokoleń ludzkich. Gdy płomień objął jej ściany aż po dach, dał się słyszeć z wnętrza dziwny głos, niezrozumiały i niepojęty, podobny do ryku wielkoluda, przypalanego na rozżarzonych węglach. Potem słychać było głośne stuki, przypominające uderzenia olbrzymiego młota, od których drżały płonące ściany, wiązane z grubych, ciosanych bali. Strach obleciał Wojciesza i jego wojów, mimo że nigdy go nie odczuwali. Domyślali się, że to duchy pogańskich bogów tu mieszkających, ginąc w ogniu poszukiwały wyjścia na zewnątrz. Gdy zaczął się zapadać płonący dach kontyny, runęła nagle jedna ze ścian, rzucając miliony iskier, a z płomienia wyskoczył potężny niedźwiedź ze zwęgloną sierścią oraz śladami oparzeń na skórze, który nie zwracając nawet uwagi na wystraszonych ludzi, pomknął w dół zboczem góry.Wojciesz wrócił nad ranem do kasztelu, niosąc cały czas syna swego w ramionach. Opowiedział mnichom o tym wydarzeniu, oświadczając, że na miejscu, gdzie stała dotychczas pogańska kontyna, postanowił kaplicę zbudować w podzięce Bogu za szczęśliwy powrót syna do domu. Odwiedli go oni jednak od tego zamiaru tłumacząc, że kto wie, czy powinna ona stać właśnie tutaj, a poza tym do kościoła ludzie muszą mieć łatwy dostęp, musi on też być przy drodze, którą budulec można wozić wołami. W rok później stanęła pierwsza świątynia w pobliżu rzeki Kaczawy. Była drewniana i strzechą kryta, jak wszystkie chaty na Dolnym Śląsku. W kilka lat później jakieś dzieci znalazły w pogorzelisku na Połomie bryłę złota przez ogień stopioną pamiętnej nocy. Wojciesz nakazał pewnemu mnichowi, znającemu się na złotniczej robocie, wykonać z tej bryły lampę oliwną, którą osobiście zawiesił w świątyni i pod którą w dwa lata później, gdy już sioło powstało, został pochowany. Sioło to, od jego mienia otrzymało nazwę Wojcieszów.

U.A Wiąckowie: "Legendy Karkonoszy i okolic" - [W:] WDK Jelenia Góra.

Ostatnia aktualizacja ( 07.10.2004, 10:28 )

Zegar

Who's Online
Aktualnie jest 43 gości online

Szybki PIT

szybki_pit.jpg 


Ochrona pieszych

 


OSTRZEŻENIA
METEOROLOGICZNE


Mapa ostrzeżeń dla Polski

Miejski Bank Kadr

Nie czekaj! Juz dzis dolacz do Miejskiego Banku Kadr! >>>


Wyszukiwarka uslug szerokopasmowych

Sprawdz jakie uslugi sa dostepnie w twoim miejscu zamieszkania 


Partnerstwo kaczawskie
pklgd5.jpg

Sudecka Zagroda Edukacyjna
sud_zagr_edu.png

Pomoc poszkodowanym

JEŻELI JESTEŚ OSOBĄ POKRZYWDZONĄ PRZESTĘPSTWEM - PAMIĘTAJ!
MOŻESZ OTRZYMAĆ BEZPŁATNĄ POMOC


APTEKI

Harmonogram otwarcia aptek w powiecie zlotoryjskim


Gospodarka Odpadami

  

Z?ó? deklaracj? na odpady przez internet

ULOTKA INFORMACYJNA

Harmonogram wywozu nieczystosci

Regulamin PSZOK przez ZGKiM w Wojcieszowie


MONITORING


ORLIK

 

GODZINY OTWARCIA


Klub Malucha

 


Plac zabaw - regulamin

 
Regulamin korzystania
z placu zabaw
przy Zespole Szkół


Biznes.Gov.Pl

biznes_gov.jpg


Działalność gospodarcza


Ministerstwo Finansów
paragon_ze_soba.gif

Planow. wyłączenia energii

 
lub zadzwoń 991


ROZKLAD JAZDY

Parafia MBKP

mbkp.png 


SANKTUARIUM MARYJNE

 

www.wojcieszow.parafialnastrona.pl


Stowarzyszenie

 
NASZ WOJCIESZÓW


PARP

 


Euregion Nysa

 


Mikroporady

 


ANR Wrocław


PIW Złotoryja

 

Lista lekarzy weterynarii, wykonujących urzędowe badania zwierząt rzeźnych na terenie pow. złotoryjskiego


.:: galeria ::.

FORUM

 WEJŚCIE


: Strona główna :: Aktualności :: Aktualności :: Linki :: Newsflash :: Szlaki rowerowe :: Ścieżka dydaktyczna-Gruszka :: Wojcieszowskie skarby :
powered by mambo open source Created by Tenet Sp.j - Jelenia Gra